Teatr Zbrodni
Diabeł frasobliwy – szkic z końca lat osiemdziesiątych
motto:
To nasze grzechy
nie masz do nich prawa
Całkiem jak moja matka...
lubiła za mnie umierać
było tak jakby ktoś moją winę
pomnożył przez jej ból
zresztą skąd możesz wiedzieć
co znaczy cierpieć za własne
Zazdroszczę ci
z dwojga złego wolałabym
wziąć na siebie cudze
tak jest wznioślej
Mówisz że nic nie rozumiem
być może ale nie pozwól na to
bo chyba znienawidzę siebie
ciebie znienawidzę - dodała w myślach
i zapomniała o tym natychmiast
lecz on i tak usłyszał
co przemilczała
Tej nocy w ogrodzie Getsemani
modlił się tak długo
aż usłyszał jęki
ujrzał pokutników w pyle drogi
uginających się pod własnymi biczami
wiernych kaleczących się o chłód kościelnych posadzek
samobójców i zawistnych schizofreników
pragnących cierpieć za cały wszechświat
a może nawet mnie kiedy będąc dzieckiem
ujrzałam nagle wszystkie swe kłamstwa kłamstewka
krwawiące na jego plecach
Zobaczył też Marię Magdalenę
całą w poczuciu winy
jak w zbyt luźnych szatach
do których nigdy nie umiała dorosnąć
modlącą się o Boga
który pozwoliłby grzeszyć
na własny rachunek
i rzekł:
-Ojcze odsuń ode mnie
ten kielich goryczy
Dominika Sander
Zacytowany wiersz w sposób skrótowy i wyrazisty oddaje ideę „Dwóch Spotkań z Diabłem'' – powieści, która bezpośrednio zainspirowała powstanie Teatru Zbrodni. Podobno Dominika Sander wpadła na pomysł założenia Teatru Zbrodni podczas jej pisania.
«Dwóch Spotkań z Diabłem'' doczekała się licznych opracowań. Bardzo często sięgali do niej krytycy o zacięciu psychologicznym, by nie powiedzieć psychiatrycznym, zastanawiając się na przykład nad różnicami między wstydem, a poczuciem winy i wymieniając sytuacje, w których bohaterka nie potrafiła ich od siebie odróżnić. Dużo napisano o symbolicznym znaczeniu tytułu. Dużo napisano o symbolicznym znaczeniu tytułu. Zajmowano się również staro- i nowotestamentowymi aspektami poczucia winy. Nie zabrakło krytyk zarzucających autorce wypaczenie idei chrześcijańskich.
Ponieważ opracowania dotyczące tej powieści łatwiej zdobyć niż samą powieść (praktycznie niedostępną na naszym rynku), postanowiłam ograniczyć się do przybliżenia treści, niejako streszczenia jej, interpretację pozostawiając czytelnikowi.
Biorąc pod uwagę główny temat opracowania którym jest Teatr Zbrodni mogłabym poprzestać na przedstawieniu samej teorii poczucia winy. Wydaje mi się jednak, że teoria zdaje się bardziej przystępna w świetle emocji i sytuacji w wyniku których powstała, w powiązaniu z jednostkowym losem jej twórcy, a o tym właśnie traktują „Dwa Spotkania z Diabłem”.
Główna bohaterka , Sylwia, analizując swoje dotychczasowe życie uświadamia sobie, że uczuciem, które w nim zawsze dominowało, było poczucie winy. Sylwia racjonalizuje je na różne sposoby szukając zależności między swoimi doświadczeniami, kontaktami z otoczeniem, upodobaniem do pewnych lektur (Kafka, Dostojewski), odwołuje się do wspomnień z dzieciństwa i swoich napisanych w przeszłości wierszy, interpretowanych teraz na nowo. Chaotyczna z pozoru kompozycja (luźne notatki i wiersze pochodzące z różnych okresów życia) konsekwentnie prowadzi do końcowego wniosku będącego swego rodzaju filozofią poczucia winy.
Jednym z najwcześniejszych wspomnień Sylwii jest wspomnienie pierwszego kłamstwa: „Miałam wtedy ze cztery lata (...) Była wiosna. Po dłuższej chorobie po raz pierwszy wyszłam na podwórko. Właśnie zakwitły róże pod oknami (...) Miałam ze sobą gumową, żółtą kaczuszkę. Bawiłam się nią udając, że przeskakuje ona z róży na różę. Wtem jeden z kwiatów bardziej wiotki, a może nieco nadłamany spadł. Przeraziłam się, wszak kwiatów z klombów zrywać nie wolno (...) ze wszystkich stron, zza krzewów, szyb, chmur, zza samochodów, z nieba i ziemi... patrzyły na mnie srogie oczy dozorcy. Właściwie nie bardzo wiedziałam, kto to jest dozorca, lecz samo brzmienie tego słowa napełniało mnie grozą (...) z pewnością był to ktoś, kto pilnował porządku. (...) Jak bomba wpadłam do domu już z daleka wołając: ,Mamo, mamo! Jakieś niedobre dziecko zerwało różę!' – a przecież nie chciałam oszukać mamy, tylko zyskać alibi wobec dozorcy. (...) Od tamtej chwili wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju... Dręczyło mnie pytanie, czy kłamstwo jest grzechem?'' Niezbyt dokładnie wiedziałam, co to jest grzech, lecz wiedziałam, że jest to coś strasznego. W głębi duszy żywiłam nadzieję, że może jednak nie jest. Nie mogąc poradzić sobie z tym problemem postanowiłam spytać o zdanie kolegę z piaskownicy, nie wtajemniczając go jednak w przyczynę moich wątpliwości (...) Dowiedziałam się od niego, że kłamstwo jest co prawda grzechem, ale nas to na razie nie dotyczy, ponieważ grzechy mają znaczenie dopiero od chwili, kiedy człowiek zaczyna chodzić na religię, nie wcześniej. Tak więc do siódmego roku życia można grzeszyć ile wlezie i całkiem bezkarnie.”
Historia z kolegą z piaskownicy doskonale, zdaniem Sylwii, obrazuje dwoistość postaw, która w późniejszym czasie wielokrotnie ja bulwersowała: „Jest to dziwna religia – jeżeli ktoś traktuje ją przede wszystkim jako dziedzictwo kulturowe, to jej ideały nie maja właściwie wpływu na życie duchowe, będąc co najwyżej zespołem pewnych norm, nakazów i zakazów, których dobrze jest się trzymać, ale w razie czego można je ominąć. Jeżeli ktoś się nią naprawdę przejmie, to doprawdy może go to doprowadzić do szaleństwa. W tym miejscu bohaterka rozpisuje się na temat swojego chorego psychicznie kolegi, którym nie będziemy się zajmować, ponieważ zajęło by to zbyt dużo miejsca.
Sylwia wychowała się w rodzinie katolicko-ateistycznej i w tym fakcie między innymi upatruje przyczyn swojego szczególnego stosunku do religii. Z jednej strony od dzieciństwa uczono ją, że należy modlić się chodzić do kościoła i kochać Bozię (robiła to głównie babcia, w której domu obwieszonym świętymi obrazkami spędziła dużą część dzieciństwa), z drugiej kontakt z kościołem został jej zabroniony ze względu na pozycję ojca, wymagającą «właściwego światopoglądu».
W związku z tym powstał w niej konflikt pomiędzy lojalnością wobec ojca i lojalnością wobec własnych przekonań, który później przerodzi się w konflikt pomiędzy wartościami szeroko rozumianej miłości i wolności, niemożność zaspokojenia różnego rodzaju sprzecznych ze sobą powinności („jeżeli nie grzeszysz wobec najbliższych, grzeszysz przeciw własnej drodze”)
Ze względu na zainwestowany w walkę o prawo do religii wysiłek emocjonalny, angażuje się w nią wyjątkowo silnie, co przypada przede wszystkim na lata szkolne. Nie bez znaczenia jest fakt, że większość rówieśników chodzi na religię, co wywołuje w niej poczucie wyobcowania i potrzebę akceptacji w grupie. Nie to jest jednak najważniejsze. Sylwia doznaje niezwykle silnych uczuć religijnych. Szczególny dreszcz odczuwa, gdy podczas Mszy Świętej musi przycisnąć dłoń do piersi mówiąc: „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina...” Idea poświęcenia swojego życia dla szczęścia ludzkości rozpala jej wyobraźnię. Jeden z pierwszych jej wierszy, nieudolny i młodzieńczo egzaltowany nosi tytuł „Testament” i zawiera spis różnych organów wewnętrznych i zewnętrznych takich jak skóra, włosy, żołądek,..., które autorka ofiarowuje potrzebującym osobom, „a swoje serce oddam niekochanym” – zamyka długą listę.
Któregoś wieczoru podczas samotnej modlitwy ukazują się jej ociekające krwią plecy Jezusa Chrystusa. Sylwia uświadamia sobie, że każde, nawet najmniejsze przewinienie, to jeszcze jeden krwawy znak na chrystusowych plecach. Widzi bicz opadający w żywą ranę z każdym jej kłamstwem. Jest wstrząśnięta, nieomal sama czuje ból. Współczucie i podziw miesza się z przerażeniem, że jest przyczyną tak wielkich cierpień. W późniejszym okresie obraz ten będzie ją wielokrotnie prześladował i zrośnie się z zatroskanym obliczem matki, cierpiącej za nią, rozpaczającej z powodu jej niepowodzeń i grzechów – potęgując w Sylwii ból, wyrzuty sumienia i pragnienie ucieczki. To właśnie wtedy zrodzi się w niej bunt przeciwko światu, w którym nie można cierpieć na własny rachunek. Jednocześnie Sylwia utwierdza się w przekonaniu, że miłość i wolność są wartościami nie do pogodzenia. „Nieomal każdą swą swobodę musiałam odchorować, ponieważ miałam świadomość, że kogoś nią krzywdzę”. Jednak pomimo głębokiego, wewnętrznego przekonania, że jedynym wyjściem dla niej jest samotność (by chronić bliskich od cierpień, siebie od wyrzutów sumienia i pozostać niezależną) związuje się z pewnym młodym człowiekiem, do czego jak twierdzi również popchnęło ja poczucie winy: „pamiętam moment przełomowy. (...) mówiłam o tym, że lubię przeprowadzać eksperymenty z życiem. 'I ja też jestem takim eksperymentem?' – zapytał, a raczej stwierdził (...). Poczułam się podle, więc on traktuje mnie serio, a ja sobie po prostu eksperymentuję. Ogarnęło mnie współczucie i zrozumiałam, że jest mi bliższy niż ktokolwiek przedtem.”
Związek ten nie trwa jednak długo. Sylwia odchodzi oskarżając swego narzeczonego o zbytnie ograniczanie jej niezależności. Zaczyna w jakimś autodestrukcyjnym zaślepieniu występować przeciw tym wartościom, które są dla niej ważne. Jednocześnie własne postępowanie wpędza ją w przygnębienie i niesmak dla samej siebie. Z kolei stopniowa utrata szacunku do siebie popycha do coraz to nowych wyczynów. Autorka nie wyjaśnia na czym właściwie owe wyczyny polegają koncentrując się na uczuciach Sylwii, aczkolwiek nie brak kilku opisów pozostających na pograniczu dobrego smaku. Można się z nich domyślić, że chodzi głównie o przypadkowe kontakty z mężczyznami (w tym odbicie przyjaciółce kochanka, po to tylko, by natychmiast z niego zrezygnować) i pijaństwa, przy czym jak bohaterka sama przyznaje w jednej ze swoich notatek, już wcześniej miała skłonność do używania środków zmieniających nastrój.
Sylwia miota się między wyrzutami sumienia, niemą troską w spojrzeniu matki i przekonaniem, że jej poczucie winy jest niewspółmierne w stosunku do popełnionych przez nią grzechów, przerasta je. Nie może pojąć dlaczego to, co inni traktują jako nieco swobodniejszy tryb życia u niej wywołuje tak wielkie przygnębienie. Jej grzechy wydają się niemal śmieszne i banalne w porównaniu z tym, z czym ma do czynienia na co dzień. Zaczyna więc szukać innych niezwiązanych z jej aktualnym postępowaniem przyczyn poczucia winy. Usiłuje wygrzebać z podświadomości jakieś przestępstwo, o którym już zapomniała: „a może zdarzyło się to w jakimś innym, wcześniejszym życiu”. Dokładnie analizuje swoje dzieciństwo mając nadzieję, że w nim znajdzie rozwiązanie. Rozgrzebywanie dawnych uraz doprowadza ją do jeszcze gorszego stanu psychicznego. Popada w absolutne przygnębienie, czuje się osamotniona i odrzucona. Przez kilka tygodni trwa w bezruchu i apatii, z której zaczyna powoli wychodzić konstruując jednocześnie pierwszą (nazwijmy ją optymistyczną) wersję teorii poczucia winy. „Tak, to prawda, chciałam być zepsuta (...) zepsuta przynajmniej tak jak one. Patrzyłam na nie i myślałam – one już mogą mówić o normach i przyzwoitości, bo już zaznały zepsucia i zazdrościłam im (...) pogrążałam się w to bagno przeciw ich zepsuciu, przeciw własnej naiwności (...) moje grzeszki były tak śmieszne, tak niepozorne, wstydziłam się ich i brnęłam dalej, żeby jakoś uzasadnić swoje poczucie winy (...) ale poczucie winy było zanim to wszystko nastąpiło. To właśnie ono sprawiło, że przypadkowe strącenie kwiatu róży uznałam za przestępstwo i w konsekwencji popchnęło mnie do kłamstwa (...) Nie wiem czy człowiek rodzi się naznaczony grzechem, wiem jednak, że bardzo wcześnie zostaje obciążony poczuciem winy. A może to świadomość grzechu pierworodnego popycha człowieka do zła (...) jednak poczucie winy było we mnie zanim jeszcze usłyszałam o grzechu pierworodnym.”
Nasza bohaterka dochodzi do wniosku, że poczucie winy jest pierwotne wobec grzechu, nie tylko go poprzedza, jest również jego przyczyną. Religie (Sylwia ma na myśli przede wszystkim tę, w której sama się wychowała), które są na ogół racjonalizacją poczucia winy, odwracają porządek rzeczy, twierdząc, że grzech je wywołuje, a nie na odwrót, co wprowadza zamęt w ludzkie umysły. Z jednej strony narzucają grzech podsycając wyrzuty sumienia i częstokroć na nich żerując, z drugiej poprzez system nakazów i zakazów zabraniają go. Człowiek, aby uzasadnić wyrzuty sumienia, swoje różne zachowania zaczyna nazywać grzesznymi, zaczyna też wypełniać grzechami poczucie winy, które jednak wydaje się workiem bez dna, ponieważ rośnie wprost proporcjonalnie do gromadzenia się grzechów i zwiększania ich ciężaru gatunkowego. Można powiedzieć, że wina nigdy nie może dogonić poczucia winy, które staje się siłą napędową ludzkich działań, motorem jego zbrodni. Wystarczy wspomnieć Marię Magdalenę z wiersza Dominiki Sander, który jest mottem tego opracowania „całą w poczuciu winy / jak w zbyt luźnych szatach / do których nigdy nie umiała dorosnąć.”
Tak więc poczucie winy prowokuje zbrodnię, która sprawia, że poczucie winy rośnie, co z kolei jest powodem następnej zbrodni i tak w nieskończoność. Czy nie ma wyjścia z tego zaklętego koła?
Sylwia twierdzi, że jest, a upatruje go w doświadczeniu upadku, niezależnie od tego, co to dla kogo oznacza: „Każdy ma swoje dno na innym poziomie”. W momencie, kiedy następuje przesyt wyrzutów sumienia, pojawia się akceptacja poczucia winy jako czegoś niewspółmiernego i nieuzasadnionego. Człowiek uwalnia się od przymusu racjonalizowania go i uzasadniania swoim postępowaniem. Jest to naturalna reakcja na nadmierne cierpienie.
Doszedłszy do tych konstruktywnych wniosków Sylwia rozpoczyna nowe życie przekonana, że to, co najgorsze ma już za sobą. Odzyskuje wiarę, że jest zdolna do pozytywnych uczuć i do normalnej egzystencji. Pragnie w jakiś sposób podzielić się swym doświadczeniem. Zgodnie z zasadą, że nie ma tego złego, co by na dobry wiersz nie wyszło dużo pisze. Jednym z efektów jest tytułowy wiersz.
DWA SPOTKANIA Z DIABŁEM CZYLI O TYM JAK DOSTAŁAM AMULET PRZECIW ZŁYM SNOM
SPOTKANIE PIERWSZE
przyśnił mi się diabeł
barczysty i ogromny
płakał jak dziewczynka
która stłukła filiżankę
-Co ci jest?
-Rogi, rogi...
SPOTKANIE DRUGIE
obciął sobie lewy róg
kiedy usnęłam
kończył już
kaleczyć go i pieścić
-Masz to dla ciebie-
-Podał mi krucyfiks
tak piękny jakby
dłuta wszystkich mistrzów
naraz zaczęły szlochać
-Znałem takiego - rzekł
-który powiesił się na własnym ogonie
jeżeli boli niech przynajmniej
na coś się przyda
W tym momencie pragnę zrobić małą dygresję i przypomnieć twórczość plastyczną Dominiki Sander. Studiowała ona przez dwa lata rzeźbę, co niewątpliwie przydało jej się w pracy związanej z Teatrem Zbrodni. Chodzi mi mianowicie o zorganizowaną na trzy lata przed wydaniem „Dwóch Spotkań z Diabłem” wystawę pod tytułem „Diabły frasobliwe w świetle krzyża”. W katalogu można przeczytać między innymi takie oto zdanie „Któż może nas zbawić jeżeli nie ten, kto sam zgrzeszył”, pytanie to zawiera głęboki sens i wyraża sprawdzone w wielu terapiach i grupach samopomocy przekonanie, że tak naprawdę pomóc nam może tylko taka osoba, z którą łączy nas wspólnota doświadczeń, z którą potrafimy się identyfikować. Dlatego to diabły stały się bohaterami wystawy: diabeł ze sznurem, a właściwie pętlą zamiast ogona siedzący w pozie Chrystusa frasobliwego, drewniana głowa diabła, której spomiędzy rogów wyrastała jakaś roślinność, a na policzkach widniały bruzdy wyżłobione przez spływające wciąż krople. Autorka tłumaczyła mi, że woda, którą podlewa się rośliny spływa specjalnie wydrążonymi kanalikami do otworków umieszczonych w kącikach oczu, w ten sposób rozkład obejmuje także wnętrze głowy. „Za jakiś czas – wyjaśniała – działanie wody i ekspansja korzeni spowodują, że cała diabelska głowa zamieni się w pożywkę dla rośliny, przekształci w ziemię.” O ile mi wiadomo Sander prowadziła dokładną dokumentację tego procesu.
Rzeźby te dosyć pretensjonalne, powiedziałabym łopatologiczne, doskonale oddają nieco magiczny nastrój niektórych działań autorki „Dwóch spotkań z diabłem” zdający się pozostawiać w sprzeczności z jej obsesyjną nieomal potrzebą objęcia wszystkich zjawisk rozumem, wyjaśnienia ich, manią racjonalizacji prowadzącą do coraz bardziej fantastycznych pomysłów.
Wróćmy jednak do powieści. W ramach nowego życia związuje się z Andrzejem i zaczyna prowadzić w miarę spokojny i ustabilizowany tryb życia. Po dwóch latach sielanki okazuje się, że jest w ciąży. Obydwoje bardzo się z tego cieszą. Wkrótce jednak nasza bohaterka nieoczekiwanie i bez słowa wyjaśnienia odchodzi, usuwa ciążę, choć zawsze było to sprzeczne z jej zasadami i znów pogrąża się w rozpaczy i wyrzutach sumienia.
Dlaczego? Miliony kobiet na świecie usuwają ciążę i opuszczają swoich narzeczonych nie robiąc z tego tragedii. Dlaczego więc ona tak to przeżywa i dlaczego znów zrobiła coś, czego wcale nie chciała zrobić. Sylwia przegląda swoje dawne notatki, analizuje przeszłość i... planuje prawdziwie wielką zbrodnię, która raz na zawsze uwolni ją od poczucia winy. Znajduje się w punkcie wyjścia, w sytuacji w jakiej ją zastaliśmy na początku powieści. Dominika Sander nie podsunęła swojej bohaterce rozwiązania tej sytuacji na jakie wpadła podczas pisania powieści. Zachowuje je dla siebie, a właściwie dla Teatru Zbrodni.
Rozumowanie Sander wygląda w ten sposób: skoro grzech posiada siłę oczyszczającą i uwalnia od poczucia winy, które do grzechu popycha, trzeba go doświadczyć i to w sposób jak najbardziej intensywny. Nie wystarczy jednorazowe oczyszczenie. Wspomnienie upadku po jakimś czasie blednie i rozum znów zaczyna pytać, skąd właściwie wzięło się moje poczucie winy i rodzi pragnienie potwierdzenia go życiem? Zatem należy zachować czujność i doświadczać upadku bezustannie, z dnia na dzień, gdy tylko zaistnieje taka potrzeba. Jak to robić, by jednocześnie nie krzywdzić innych? W tym celu powołany został Teatr Zbrodni. Miało to być miejsce, w którym każdy potrzebujący mógłby unaocznić sobie swój grzech w całej jego potworności i w ten sposób uwolnić od niego. Każdy kto chciałby uniknąć fatalnych następstw swojej zbrodni mógłby przyjść i odegrać ją poza świadomością bliskich i współczujących osób.
Działalność Teatru Zbrodni była półformalna. Jego siedziba znajdowała się w willi wynajętej przez ówczesnego przyjaciela Sander, który finansował większość jej przedsięwzięć. Dzięki szerokim znajomościom w świecie artystycznym ( i nie tylko) z teatrem współpracowało wielu aktorów, plastyków, scenografów, specjalistów od efektów specjalnych, konstruktorów, pisarzy, psychologów i wiele innych osób o bliżej nie sprecyzowanej profesji. Nie byli zatrudnieni w teatrze na stałe, lecz pracowali przy realizacji konkretnego przedsięwzięcia. Każdy spektakl przygotowywany był niezmiernie starannie i indywidualnie dla każdej zgłaszającej się osoby. Ponieważ taka działalność była dość kosztowna, zainteresowani wykładali niejednokrotnie ogromne sumy na przygotowanie „zbrodni”. Trzeba jednak przyznać, że teatr szedł na duże ustępstwa w stosunku do osób, których nie było na to stać, tym bardziej, że zadziwiająco szybko znaleźli się sponsorzy gotowi wyłożyć duże pieniądze na to ekscentryczne przedsięwzięcie. Z pewnością znaczenie miała pozycja towarzyska Sander i jej przyjaciela, a także panująca wówczas moda na jej działalność twórczą.
Ponieważ każdy spektakl przygotowywany był dla konkretnej osoby, pracownicy Teatru Zbrodni zachowywali dużą elastyczność w zależności od indywidualnych potrzeb, jednak procedura wyglądała na ogół w ten sposób: zainteresowany zgłaszał się do prowadzącego ,,zbrodnię'' i opowiadał z czym przyszedł. Czasami już taka rozmowa wystarczała, by poczuł się oczyszczony. Jeżeli to nie nastąpiło, prowadzący uzgadniał z nim szczegóły, zbierał dokumentację (na zdjęcia osoby, którą zainteresowany zamierzał skrzywdzić), starał się dowiedzieć jak najwięcej o jego życiu i otoczeniu. Niejednokrotnie bywał w jego domu, obserwował zachowania najbliższych, a szczególnie tych osób, które miały brać udział w „zbrodni”.
Psychiatrzy i psycholodzy zatrudnieni jako prowadzący zbrodnię zauważyli przy okazji, że ludzie chętniej się otwierają w teatrze, niż w gabinetach lekarskich, być może dlatego, że do gabinetu przychodzili jako chorzy, a do teatru jako współautorzy spektaklu i traktowani byli jako artyści albo klienci zamawiający dzieło sztuki, a nie osoby potrzebujące pomocy. Rzeczowość pytań zadawanych przez prowadzącego zbrodnię, dotyczących szczegółów takich jak np. sposób ubierania się osoby, którą zainteresowany zamierza zgwałcić i wypowiadanych tonem jakby chodziło o kolor na jaki ma być pomalowana ściana zdecydowanie ośmielała i skłaniała do wyznawania najdrastyczniejszych nawet szczegółów.
Z największą uwagą i zainteresowaniem traktowane były osoby przychodzące z tak zwanymi „śmiesznymi grzeszkami”. Następnie prowadzący sam lub wspólnie z psychologiem lub literatem próbował przewidzieć wszystkie następstwa danego wydarzenia i opracowywał wstępny scenariusz, konsultując się oczywiście z zainteresowanym. Scenariusz ten w trakcie realizacji ulegał licznym przekształceniom.
Powstało w ten sposób wiele pasjonujących opowieści, które same w sobie stanowią o wartości spuścizny pozostałej po Teatrze Zbrodni. Niedawno wydano je w formie zbioru i trzeba przyznać, że to fascynująca lektura. Co prawda zaraz podniosły się głosy krytykujące ich destrukcyjne oddziaływanie na czytelnika i makabryczność opisów, jest w tym jednak sporo przesady, gdyż sporą część stanowią wspomniane już „śmieszne grzeszki”.
W dalszej kolejności zajmowano się przygotowaniem rekwizytów. Niejednokrotnie konstruowano specjalne manekiny oddające dokładnie wygląd upatrzonej ofiary z wmontowanym specjalnym mechanizmem, który powodował na przykład, że podczas duszenia twarz ofiary wykrzywiała się w straszliwym grymasie i siniała, a na szyi powstawały pręgi. W innych pod wierzchnią warstwą – „skórą manekina” umieszczano płyn przypominający krew.
Opracowywano też efekty dźwiękowe i scenografię, niejednokrotnie imitującą dokładnie konkretne, wskazane przez zainteresowanego miejsce. Spektakle najczęściej odbywały się w willi wynajętej przez Teatr Zbrodni, czasem jednak przenosiły się do prywatnych mieszkań zgłaszających się osób, a nawet w plener. W takim przypadku wynajęta obstawa pilnowała, by nikt z zewnątrz nie zakłócił przebiegu „zbrodni”.
Czasem w roli świadków przestępstwa lub ofiar występowali odpowiednio ucharakteryzowani aktorzy. Dotyczyło to na ogół znęcania się psychicznego i morderstw z broni palnej. W przypadku rękoczynów, w których istotną rolę odgrywała siła uderzenia, czy uścisku, ew. gwałtów, stosowano najczęściej manekiny. Nie trzeba chyba dodawać, że bardzo często podczas trwania spektaklu jego przebieg ulegał zasadniczym zmianom w stosunku do przewidywań. Łatwo sobie wyobrazić, że każdy spektakl był niezmiernie kosztownym przedsięwzięciem. Trzeba przyznać, że teatr starał się prowadzić bardzo oszczędną gospodarkę. Zużyte manekiny po dorobieniu nowej głowy wykorzystywane były do kolejnych spektakli. Niektóre, bardziej efektowne rekwizyty sprzedawano. Ponadto specjaliści zatrudnieni w teatrze najmowali się w filmie i teatrze do wykonywania efektów specjalnych i właśnie pod takim płaszczykiem prowadzona była działalność Teatru Zbrodni. Pomimo to teatr często borykał się z problemami finansowymi. Łatwo sobie wyobrazić, że każdy spektakl wymagał ogromnego wkładu pracy zarówno ze strony realizatorów jak i klientów. Aktor w ciągu bardzo krótkiego czasu musiał przygotować się do roli, wskazanej przez klienta osoby, nauczyć się jej sposobu mówienia, gestów, znając ja tylko z opowiadań, zdjęć lub kilku krótkich spotkań. Chyba tylko magnetycznej osobowości Dominiki Sander należy przypisać fakt, że pracowano za pół darmo i w szaleńczym tempie, by skończyć przygotowania zanim klient się zdąży się zniechęcić.
Klienci bardzo często brali urlop z pracy by skoncentrować się wyłącznie na pracy nad spektaklem. Osoby bardziej zamknięte w sobie, nie mające ochoty konsultować się w sprawie swojej zbrodni mogły wejść, wybrać rekwizyty i samodzielnie ją zaaranżować.
Można by długo opisywać i analizować konkretne przykłady „spektakli”, nie to jest jednak zadaniem tego opracowania. Zainteresowanych odsyłam do wspomnianego już zbioru scenariuszy p.t. „Spektakle Teatru Zbrodni”. Aby zaspokoić ciekawość czytelnika unikając jednocześnie szczególnie drastycznych przykładów (drastyczność była efektem ubocznym, na pewno nie celem działań teatru) wspomnę o najkosztowniejszym i najefektowniejszym chyba przedsięwzięciu.
Pewien bogaty mężczyzna zgłosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa. Pod kontrolą pracowników teatru, w swoim gabinecie podjął próbę powieszenia się. Sznur odcięto wystarczająco wcześnie, by nic mu się nie stało i wystarczająco późno, aby się wystraszył, że opiekunowie o nim zapomnieli i faktycznie czeka go śmierć. Następnie za pomocą zrealizowanej uprzednio dokumentacji video zapoznał się z reakcjami różnych osób na wieść o jego śmierci. Szczególnie wstrząsnęło nim zachowanie dzieci i matki. Oczywiście postacie te zostały zagrane przez aktorów. Wziął również udział we własnym pogrzebie. W orszaku pogrzebowym szło kilkadziesiąt osób. Wszystkie ucharakteryzowane na bliskich, rodzinę, znajomych i współpracowników. On sam przebrany był za swojego syna i miał się wczuć w jego sytuację emocjonalną.
Po mniej więcej dwóch latach spokojnej i niczym nie zakłóconej działalności nad Teatrem Zbrodni zebrały się pierwsze chmury. W prasie zaczęły się ukazywać krytyczne artykuły na jego temat. Pojawiły się pierwsze przypadki ataków nerwowych, a nawet jeden zawał serca – niektóre osoby nie wytrzymywały napięcia wywołanego odtwarzaniem swojej ,,zbrodni''. Kilkakrotnie aresztowano uczestników ,,zbrodni plenerowych'', co prawda po złożeniu wyjaśnień zostali zwolnieni, jednak fakty te postawiły pod znakiem zapytania dalszą jego działalność.
Przysłowiowa kroplą przepełniającą kielich była próba popełnienia gwałtu na małej dziewczynce dokonana na terenie teatru. Szybka interwencja obserwatorów kontrolujących przebieg każdej „zbrodni” zapobiegła tragedii. Gwałtu usiłował dokonać jeden z samodzielnie przygotowujących sobie zbrodnię. Przy okazji wyszło na jaw , że w teatrze zatrudniane były również dzieci, choć w tym przypadku mężczyzna przyprowadził dziewczynkę z ulicy. Została również ujawniona funkcja obserwatorów (do tej pory żaden z klientów nie wiedział o ich istnieniu), co z kolei wywołało oburzenie osób, które same korzystały z usług Teatru Zbrodni.
Dominika Sander w wyniku długotrwałego procesu została uniewinniona. Przypuszczalnie i w tej sytuacji nie bez znaczenia okazały się jej znajomości. Przez jakiś czas próbowała wskrzesić Teatr Zbrodni opracowując nowa jego koncepcję, która miałaby wykluczyć wszelkie niebezpieczeństwa. Chciała wprowadzić zakaz zatrudniania i wprowadzania dzieci, kontrolę lekarską przed każdym spektaklem, obowiązkowa opinię kardiologa itp. Gromadziła dokumentację... Wszystkie jej wysiłki spełzły jednak na niczym.
Nie powiodło się również ponowne, nieoficjalne i w skromniejszym wymiarze wznowienie działalności, w wyniku którego omal nie znalazła się w więzieniu.
Po ostatecznym rozwiązaniu Teatru Zbrodni słuch o Dominice Sander zaginął. Dopiero pięć lat później postać tej artystki przypomniała nam wiadomość o jej samobójczej śmierci.
Posłowie
Niektórych może zdziwić podobieństwo nazwisk reżyserki żelatynowych animacji z „Mikrokosmosu w Żelatynie” i twórczyni Teatru Zbrodni. Teksty dzieli kilkanaście lat różnicy, stąd może nieuwaga, która spowodowała, że nazwałam dwie różne bohaterki nieomal identycznie. A może powód tego zbiegu okoliczności jest zupełnie inny? Znajdą się zapewne również Czytelnicy, którzy będą mi mieli za złe, że nie dałam Dominice Sander szans, postąpiłam wobec niej jak ona wobec Sylwii.
„Dominika Sander nie podsunęła swojej bohaterce rozwiązania tej sytuacji na jakie wpadła podczas pisania powieści. Zachowuje je dla siebie (...)”
Trzeba jednak pamiętać że historia Dominiki jest niekompletna bez historii Daniela Słomińskiego (twórcy Fabryki Nieskończoności). Są one jak dwa skrzydła tego samego obrazu. Dwie części dyptyku. Można w pewnym sensie powiedzieć, że historia Dominiki Sander znajduje swe szczęśliwe rozwiązanie w historii Daniela. Tak zapewne uważałam przed laty. Dziś mam poczucie, że nie tylko w tej historii.
Być może Dominika Sander tak naprawdę nie popełniła samobójstwa lub uczyniła to w sposób wyłącznie symboliczny. Może zmartwychwstała z „s” dodanym na końcu nazwiska i objawiła się po latach jako Nika Sanders opisana w artykule „Mikrokosmos w żelatynie”. Wszak obie studiowały rzeźbę i zajmowały się reżyserią.
Na cześć tej koncepcji postanowiłam opublikować w formie bloga moją napisaną przed laty powieść pt. „Osobisty Detektyw”. Pokazuje ona etap przejściowy pomiędzy Dominiką Sander, a Niką Sanders. Wyświetla proces przemiany.